//
czytasz...

Piórem i myszą

Szkoła demokratyczna – wpis po przejściach

Żyjemy na styku kulturowych płyt tektonicznych: europejskiej i azjatyckiej. Jak wiadomo, a wiadomo to już od pewnego czasu, śnienie jako wzorzec przeżywania polityki i historii prowadzi do tworzenia prymitywnych mechanizmów wypierania, które czynią i jednostki, i społeczności tworami śmiesznymi, infantylnymi oraz pretensjonalnymi. Śnienie na styku tych akurat dwóch płyt jest dodatkowo bardzo niebezpieczne. Czyni bowiem jakąkolwiek opowieść scalającą z mety podejrzaną i małostkową. Mamy na to rozliczne przykłady, a książka chociażby Andrzeja Ledera pt. Prześniona rewolucja wyjątkowo udatnie opisany stan rzeczy dokumentuje. Fałszywa świadomość rodzi nieadekwatne narzędzia analizy i kreuje chorą rzeczywistość.  Jaka świadomość, taka projekcja świata i jego obraz rzucany na ekran indywidualnej i zbiorowej histo(e)rii.

Gdy w tym kontekście zaczniemy rozmowy  na przykład o szkole demokratycznej, rychło się okaże, że nawet rozsądna propozycja zmiany staje się dla większości z nas nauczycieli propozycją zanadto rewolucyjną, zwariowaną, stawiającą dotychczasowy porządek, a cóż jest ważniejszego w czasach zamętu niż ordnung, na głowie!

W szkole demokratycznej uczeń sam podejmuje wysiłek organizacji swojego kształcenia się. Sam tworzy sieć kompetencji i wiedzy, projektuje standardy osiągania określonych kompetencji i sposoby ich osiągania. Sam wybiera przedmioty i poziom biegłości, który chce osiągnąć. Nauczyciel zaś staje się towarzyszem podróży: wspiera, czasami doradza, czasami pokazuje wiązkę możliwości do wyboru, czasami też pomaga wykroić z bezkresu potencjalnych zdarzeń, a więc chaosu, obszar zajęć początkowych, budujących fundament, zręby biegłości. Niczego za ucznia nie projektuje, niczego nie narzuca, nie stawia się ponad, nie jest zrzędzącym super ego szepczącym bez przerwy: musisz!, masz obowiązek!, łaski nie robisz!, dla mamusi!, dla tatusia!, dla ojczyzny!…

Czemu o tym piszę? Bom, jako nauczyciel, zarażony, bo moja świadomość zainfekowana, bo azjatyckie wartości skutecznie podskórnie organizują sposoby układania różnych moich historyjek dotyczących na przykład szkoły. By mieć do siebie jakiś fragmentaryczny chociaż szacunek, mówię wtedy, żem większy niż myślałem o sobie – konserwatysta, a przecież zachowawczość wynikająca z rutyny i głupiego przekonania, że co się sprawdziło kiedyś, będzie doskonałe wiecznie – nie ma sensu!

Siedzę więc teraz i się wywnętrzam. Ile czasu musi upłynąć, by włączył się w naszych analizatorach zmysł krytycznej refleksji? Jak długo jeszcze będziemy trwać w zdziecinnieniu, które każe każdy przejaw uczniowskiej niezależności traktować jako zamach na nasze dydaktyczne kompetencje? Kiedy wreszcie zrozumiemy, że czas najwyższy upodmiotowić małorosłych, bo wtedy również upodmiotowimy cały system edukacji, czyniąc go znośniejszym i efektywniejszym? 

Ja tego nie wiem. Nie wiem nawet, jak często w środowiskach belferskich takie pytania się pojawiają? I czy nie są traktowane jak podejrzane głupstwo…

Polecam się Pani Mariannie Kłosińskiej i Pani Marzenie Żylińskiej, którym zawdzięczam kilka godzin interesujących rozmów.