//
czytasz...

Piórem i myszą

Brothers in Arms

Było nas 19. Raz więcej, raz mniej. Trzy kulawe (mało liczne) drużyny. Niepełny (bardzo) pluton według obowiązujących modeli kadrowych wojska. I miesiąc, by zobaczyć, jak to jest. Zobaczyć siebie w sytuacjach dla cywila nowych. Raz męczących, raz wyczerpujących, często groteskowych, na pewno – zmuszających do weryfikacji osobistych nawyków, sądów i opinii.

Wyrwani z codziennych kolein, staliśmy się grupą żołnierzy uzupełnienia. Najgorszego z możliwych wariantów przyszłego żołnierskiego losu. Będziemy zastępować w pododdziałach tych, którzy stanowić będą nieuchronne „straty w ludziach” w czas wojennej zawieruchy. Oznacza to podwójną obcość. Tę, która postawi nas wobec konieczności mordowania innych i tę, która sprawi, że będziemy obcy w oddziałach przyjmujących nas jako uzupełnienie stanu liczebnego. Pozbawieni będziemy na początku przywileju bycia swoim, kolegą, partnerem. Będziemy obcy, podejrzani, bo niepoddani wcześniejszym rygorom wspólnego szkolenia i wspólnej walki. To na nas będzie skupiała się potencjalna chęć obarczenia kogoś odpowiedzialnością za śmierć towarzyszy. Będziemy więc posyłani na najtrudniejsze odcinki i traktowani jak anonimowe, bo świeże, mięso armatnie.

Tymczasem idziemy. Maszerujemy dziesiątki kilometrów. Okopujemy się, ćwiczymy wytrzymałość, różne formy walki w szykach bojowych, nowe techniki posługiwania się bronią. Strzelamy, rzucamy granatem, oswajamy nowe maski gazowe i stare dymy sprawdzające ich szczelność.

Poznajemy się. Konfrontujemy różne osobowości, style życia, poglądy i – stopnie wojskowe. Budujemy, chcąc nie chcąc, więzy. Szorstko, czasem hałaśliwie, wulgarnie lub złośliwie. Jak to w wojsku. Przenosząc doświadczenia sprzed wielu lat z czasów służby zasadniczej lub SPR-u. To ciekawe doświadczenie. Podobnie jak powolne, ale widoczne ścieranie się kantów, rezygnowanie z dawnego nawyku egoistycznego dbania o siebie w myśl niewyszukanej żołnierskiej zasady: „Masz łeb i ch.j, to kombinuj”, czy też wrogości  w stosunku do kadry zawodowej.

Ta traktuje nas bez sentymentów, ale i dba, sprawdza potencjał, wydolność. Chce zrealizować podstawowy cel tak długiego bycia w warunkach polowych: stworzyć oddział, który wytrzyma nałożone obciążenia fizyczne i psychiczne a przy okazji stanie się narzędziem wojskowego realizowania celów bojowych.

Rozumiem to i się wzdragam. Przyjmuję do wiadomości i klnę w duchu na czym świat stoi. Jesteśmy tu po to, by realizować rozkazy dowództwa i cele, które w ogólnym rozrachunku wiążą się z ofiarami. Zawsze licznymi i nieestetycznie rozwalonymi przez kawałki metalu, różnego rodzaju wybuchy, podpalenia i inne zdarzenia mające miejsce na polu walki.

Uświadamia się nam, że musimy walczyć i ginąć, a będąc rannymi, radzić sobie samemu: uszczelnić dziurę w płucach, dać w żyłę, gdy nam się przydarzy zobaczyć zawartość własnego brzucha lub osobistą nogę na drzewie, a ratując innego, mieć go zawsze jako użyteczną osłonę. Bo po co komu dwa trupy lub dwaj ranni żołnierze? To tylko kłopot w realizowaniu zadań pola walki i patriotycznym zajęciu likwidowania npla.

A przecież będziemy towarzyszami broni. Wykuwa się to powoli, dzień za dniem w codziennym, żmudnym pokonywaniu terenu, dźwiganiu sprzętu bojowego, pocie zalewającym oczy i bechatki, zajęciach na strzelnicy, obsłudze wozu, czyszczeniu broni, maszerowaniu tak takt w takt na placu apelowym przed dowództwem batalionu.

Mówię to ja – integralny pacyfista – i żołnierz. Dziesięciokrotnie powoływany do wojska. Jeżeli widzicie tu jakąś sprzeczność, Szanowni Państwo, to Wasza sprawa. Ja takowej nie zauważam.