//
czytasz...

Piórem i myszą

Wpis poligonowy

Bieszczady  o tej porze roku są przepiękne. Nawet wtedy, gdy widać je ze skrzyni wojskowego samochodu czy z perspektywy 53-letniego piechura zasuwającego polem lasem po poligonie kilka lub kilkanaście kilometrów dziennie. Armia powołała, armia wie: co, dlaczego i po co.

Byłem mocno poirytowany. Po choróbsku, które rzuciło mnie na prawie pół roku do łóżka zaaplikowano mi kurację – rehabilitację taką oto, jak ta opisana powyżej. Mam zresztą do tej pory pretensję do Armii: dlaczego nie sprawdza stanu zdrowia poborowych rezerwistów przed takim zaciągiem?, dlaczego każe udowadniać samym zainteresowanym, że są chorzy lub mniej sprawni?, dlaczego miesza pokolenia bez ładu i składu? Jest przecież wielu chętnych, którzy chcą służyć i robią wiele, by zostać zawodowymi wojakami, a takich szans im się nie daje lub przedłuża okres oczekiwania.

Opiekowali się nami zawodowcy. Ludzie, którzy byli „na misjach”, znają swoje rzemiosło; są w tym naprawdę dobrzy. Mają mój pełny szacunek. Traktowali nas nieco ulgowo, choć z subiektywnego punktu widzenia dostałem (ciągle jeszcze dostaję) w kość. Mimo zmęczenia jestem jakoś tam „zadowolony na kwaśno”, jednak nie chcę się przetrenować, bo to nie miałoby już najmniejszego sensu.

Nie o tym chciałem jednak…

Armia jest ciągle miejscem eksperymentu socjologiczno-kulturowego i terenem rzeczywistej, nieudawanej komunikacji ludzi, którzy poza wojskiem na tak długi czas nigdy by się ze sobą nie spotkali i nie byli na siebie skazani.

Polska jest społeczeństwem klasowym. Zobaczyłem to dobitnie właśnie tutaj – w Armii. Nie ma w tym nic sensacyjnego. Tak jest i już. Nie tylko zresztą w przypadku naszego społeczeństwa. Ważne jest co innego: zasada podziału i jej kulturowe skutki.

Szanowni Państwo! Żyjemy na wyspach, pomiędzy nami morza, które nas dzielą i różnicują w sposób niesłychanie represyjny i restrykcyjny. Mitologie społeczne nie mają charakteru uniwersalnego, szwankują podstawowe kompetencje komunikacyjne i językowe, stąd bardzo łatwo o agresję, karczemny język, prymitywne zachowania.

Armia nie jest od tego, by likwidować kulturowe braki. Jest za to przerażającym laboratorium odsłaniającym społeczne słabości i choroby. Jestem uczestnikiem owych zdarzeń i coraz bardziej mnie one przybijają. Zimbardo miał rację: zło w człowieku można bardzo łatwo sprokurować. Maria Janion napisała, że człowiek wytwarza zło tak naturalnie, jak pająk swoją sieć. Brak rzeczywistych społecznych więzów, hierarchii, kulturowych memów, etycznych wspólnych kodów sprawia, że społeczeństwo jako takie zaczyna chorować, przestaje być solidarne, włącza mechanizmy przetrwania na najniższym możliwym poziomie, tj. behawioralno-materialistycznym. Zobaczyłem to dobitnie w wojsku. Teza Margaret Thatcher, że nie ma społeczeństwa, są tylko jednostki i ich interesy, tu właśnie pokazała mi swój ponury sens.

Musimy ratować, co się da. Sprawy zaszły naprawdę zbyt daleko, a tzw. lud, czyli większość z nas, ma prawo do budowania rzeczywistych wartości łączących tkankę społeczną we wspólnotę, a nie terytoria wrogich sobie plemion.

Niektórzy z moich nowych kolegów zresztą to robią, napawając piszącego te słowa namiastką optymizmu.