//
czytasz...

Piórem i myszą

Marzena Żylińska

Wydała ostatnio książkę pt. Neurodydaktyka. Nauczanie i uczenie się przyjazne mózgowi. Książkę bardzo ważną dla belfrów.

Była ostatnio w Rzeszowie; zaprosiliśmy ją na spotkanie z nauczycielami; przygotowała wykład i warsztat. Potwierdziła, że szkoła naprawdę może szkodzić na mózg. I często szkodzi; młodym i troszeczkę starszym. Starym zresztą też.

Młodzi mówią wtedy – mało elegancko – o zrytym berecie czy coś podobnego, a ich mózgi żwawo szukają zielonej łączki zaraz potem, gdy odbiorą sygnał, że znów zaczyna się okołodzwonkowa mitręga.

Szkodzimy naszym dzieciom. Szkodzimy ich mózgom. Szkodzimy sobie.

Jaki jest zestaw podstawowy neurodydaktycznych pretensji? Ano taki:

  • nie doceniamy uczniowskich pasji,
  • szkoła jest taśmą produkującą pod jeden strychulec i ten sam rok produkcji,
  • uczenie jest schematyczne, a więc nudne, wyłącza uwagę, niszczy motywację,
  • wiara, że pojęcia są do przyjęcia z marszu przez młody mózg, przypomina gusła,
  • nadmiar zabija skuteczność,
  • nadmierny stres zabija efektywność,
  • rywalizacja i konkurencja niszczą kapitał społeczny,
  • szkołę trzeba wymyślić od nowa.

Wiem, że powyższa wyliczanka też może szkodzić. Podobny skrót niczego nie wyjaśnia, więcej, rodzi frustrację. Dodam, że Prelegentka naszkicowała także model szkoły przyjaznej, wymagającej i jednocześnie lubianej przez uczniów:

  • zamiast lejków i taśmy – indywidualizacja uczenia się,
  • wybiórczość i wybredność konsumpcji edukacyjnej,
  • erudycja i mądrość zamiast encyklopedyzmu,
  • budowanie modeli, sprawdzanie, konstruowanie pytań,
  • długofalowość,
  • poczucie bezpieczeństwa,
  • nieustanna poznawcza aktywność uczniowska,
  • optymizm i poczucie sprawstwa,
  • świadomość estetyczna, wytwórczość,
  • śmierć testom!

Czy będzie the pointa?

Nie będzie!

Po co?

Link do rozmowy z Marzeną Żylińską